Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie

TEMAT: Zbigniew Biernacki. Dziś antykwariusz.. - art z GW

Zbigniew Biernacki. Dziś antykwariusz.. - art z GW 2016/03/16 16:03 #287

  • Marek
  • Marek Avatar
  • Wylogowany
  • Posty: 158
  • Otrzymane podziękowania: 1
  • Oklaski: 0
Zbigniew Biernacki. Dziś antykwariusz, w młodości odkrywca jaskiń

Ten obrazek jest ukryty dla gości.
Proszę zalogować się lub zarejestrować, aby go zobaczyć.


Mało kto wie, że Zbigniew Biernacki, znany w Częstochowie antykwariusz i miłośnik historii regionalnej, to także autorytet w środowisku speleologów. Miał okazję nadawać pierwsze częstochowskie nazwy nowo odkrytym jaskiniom w Tatrach. Należy też do skromnego grona osób mających w podziemiach "salę", która nosi jego pseudonim.

Polska rzeczywistość lat 50. i 60. XX wieku, czyli okresu tzw. realnego socjalizmu lub - jak kto woli - polskiej wersji stalinizmu (niby tej z "ludzką twarzą"), nie wszystkich napawała wielkim zapałem i optymizmem. "Za burtą" dziejów znaleźli się wszyscy ci, którzy nie pasowali nowej władzy, i ci, którym nie pasowała też nowa władza - głównie elity przedwojenne, członkowie konspiracyjnego, prolondyńskiego podziemia i osoby, które szybko poznały się na socjalistycznej sprawiedliwości. Można było ten czas przetrwać - Dla mnie to były wyprawy do jaskiń i w góry, na których spędzałem każdą wolną chwilę - mówi Zbigniew Biernacki. - Najpierw jako uczeń, a później już jako robotnik, wykorzystując możliwie wszystkie urlopy.

Coś jak konspiracja, a na pewno podziemie

Pierwszą grupę młodych ludzi, którzy ruszyli w okolice Olsztyna, Janowa i Niegowej, żeby poznawać piękno Jury Krakowsko-Częstochowskiej, zorganizował w latach 60. Zygmunt Łęski (dziś jego imię nosi skwer obok skrzyżowania ulic św. Kazimierza i Pułaskiego), członek Szarych Szeregów, czyli konspiracyjnego harcerstwa. A po wojnie także jeden z najmłodszych żołnierzy tzw. drugiej konspiracji, za uczestnictwo w której otrzymał karę śmierci zamienioną na więzienie. Łęski, jako nauczyciel, nie tylko nie zarzucił pasji do turystyki, a zwłaszcza do gór, ale zebrał grupę młodych ludzi, których nią zaraził.

- Kontakt z nim miał wymiar czegoś w rodzaju małej partyzantki - wyjaśnia Zbigniew Biernacki. - To były rozmowy na wiele tematów, także historycznych, na które przy okazji wędrówek jest zawsze czas. Łączyła nas wówczas jego osoba jako swoistego lidera środowiska antysystemowego. Sądzę, patrząc z dzisiejszej perspektywy, że gdyby nie on i zaszczepiona pasja do wspinaczki i speleo, to być może drogi wielu z nas powiodłyby zupełnie inaczej.

Zbigniew Biernacki wspomina swoją pierwszą wyprawę do jaskiń na początku lat 60.: - Miałem około 15 lat. Jechaliśmy w Góry Towarne - relacjonuje. - To wyglądało inaczej niż dziś, kiedy w każde miejsce podjeżdża się samochodem. Wówczas to była prawdziwa wyprawa. Najpierw autobusem do Olsztyna, potem już pieszo. Kilka kilometrów. Pojechaliśmy z Wieśkiem Miechem, Bońkiem Kopciem, Adamem Espenschitem i Zbyszkiem Cabanem.

Ta grupa i kilka jeszcze osób przez długi czas będą stanowić trzon późniejszego Speleoclubu Częstochowskiego (SCC).

Dzwonnica, dziewczyna Miecha

Pierwsze wypady bez specjalnego sprzętu można by nazwać turystycznymi. Chodziło o to, żeby przeżyć przygodę, oderwać się od spraw miasta i (nawet wówczas!) zgiełku. Odetchnąć od codziennych spraw i zespolić się z przyrodą. Niektórzy poświęcali temu więcej czasu i w skałkach spędzali wszystkie wolne chwile. - Wiesiu Miech miał taki refleksyjny charakter - mówi antykwariusz. - Jeździł w Góry Towarne, tam obserwował nietoperze i rozmaite zwierzaki, które otworami dostawały się do wnętrza ziemi. To był sygnał, że za maleńkimi zaciskami musi coś być.

W taki właśnie sposób Zbigniew Caban, Bonifacy Kopeć, Kazimierz Kościelecki i Andrzej Przewłocki jesienią 1961 r. postanowili przekopać się przez warstwę mułu i gruzu skalnego w schronisku znanym już od lat przez szpatowców (ludzi pozyskujących ze skał szpat, czyli kalcyt używany w budownictwie np. przy produkcji cementu i szkła). Trafili na piękną jaskinię z bogatą szatą naciekową, którą dziś wszyscy znają pod nazwą Jaskinia Cabanowa.

Nie inaczej wyglądała sprawa nazwania innej jaskini znalezionej w podobny sposób, sąsiadującej z Cabanową. Wspomniany refleksyjny Wiesław Miech zauważył zimą, że z maleńkiego korytarzyka bucha ciepło (jaskinie zwykle mają stałą lub niewiele wahającą się temperaturę). W tym miejscu przekopał się latem i stał się odkrywcą Jaskini Dzwonnica.

- Prawo nazwania należy do odkrywcy - wyjaśnia Biernacki. - Dzwonnica, bo taki miała pseudonim dziewczyna Wieśka.

Ciekawostką jest, że małżeństwo Miechów wyjedzie w późniejszych latach z Częstochowy do Bielska-Białej. Tam zajmujący się projektowaniem w branży motoryzacyjnej Wiesław zasłynie z innej, znanej ogółowi starszego pokolenia Polaków rzeczy - koła zapasowego na dachu syreny R-20, czyli towarowo-osobowej.

Zawał Częstochowiaków i Sala Peny

Własnych nazw dorobiła się część częstochowskich grotołazów. Zwłaszcza pierwsze eksploracje i rozkopywanie namulisk oraz pokonywanie zacisków czy wspinaczki w Sali Gotyckiej Jaskini Koralowej i wejście do Waru (od Warszyca, czyli dowódcy Zygmunta Łęskiego w czasie okupacji) dawały olbrzymią satysfakcję młodym ludziom. Nie tylko przeżywali przygodę, ale stawali się realnymi odkrywcami białych plam na mapie, którą zresztą także sami tworzyli. Nic więc dziwnego, że kiedy na początku lat 60. "grupa Łęskiego" zajęła się rozkopywaniem zapadliska szpatowego, czyli zasypanej dziury w ziemi, i oczyściła - mówiąc w języku grotołazów - studnię, nadała jej imię Studnia Zygmunta.

Młodzi odkrywcy pozostawili także po sobie ślady. - W Sokolich Górach, w znanej od lat Jaskini Olsztyńskiej, jest zejście do niższego systemu jaskiń nazwanego Jaskinią Wszystkich Świętych - mówi Biernacki. - To na cześć warszawiaków, odkrywców tej studni, którzy, widocznie nie mając żadnych krewnych na cmentarzach, przyjeżdżali tu w listopadzie na obozowisko. Ten niższy system nie był zbadany, więc spróbowaliśmy go spenetrować.

Najpierw trzeba przejść przez BAKK (od imion Boniek, Andrzej, Kazik, Krzysiek), później za Studnią Warszawiaków - Salę Braci Kopciów (ówczesnych szefów klubu), Most Herberta (układ skał nazwany tak na cześć Kazimierza Kościeleckiego, który podobno marzył, żeby być poetą takim jak Zbigniew Herbert), a na końcu Salę Peny.

- Czyli moją - mówi z dumą, ale i zmieszaniem Zbigniew Biernacki. - Wszyscy mieliśmy jakieś ksywy-pseudonimy. Ja Pena, czyli ktoś cenny. Pierwszy zszedłem do tej sali, więc stąd nazwa.

Nasi grotołazi zadbali też o pierwszą częstochowską nazwę poza Jurą - w Tatrach w Jaskini Mętusiej, w której odbywały się zloty i wspólne eksploracje. Za rumowiskiem skalnym wydawało się, że nie ma już nic. Wówczas nasi grotołazi, a wśród nich Zbigniew Biernacki, przedostali się przez parometrowej grubości rumosz skalny do dalszej części korytarzy, a miejsce "zacisku" od tego czasu nazywa się Zawałem Częstochowiaków.

Król karabinków

Truizmem będzie pisanie, że w latach 60. czy 70. nie można było nic w sklepach kupić. Tym bardziej jeżeli weźmiemy pod uwagę tak niszowy sport (tak, sport!) jak speleologia. Nie było wówczas nic, co ułatwiałoby wspinanie. Nawet nie było specjalistycznych firm, które by takie rzeczy produkowały. Pierwsze pojawiły się w latach 80. i 90. zakładane przede wszystkim przez byłych grotołazów i taterników.

W początkach trzeba było więc korzystać z fantazji: butów roboczych, które, jak się okazuje, już wówczas były na vibramie (wyjątkowo przyczepna podeszwa), karabińczyków budowlanych lub strażackich, kasków górniczych - rarytas z lampą akumulatorową! - i lin załatwianych, skąd się da

- Ot choćby od wojskowych, którzy w jednostkach komandosów przechodzili specjalne szkolenia, a na sprzęt dla nich zawsze pieniądze były - zauważa antykwariusz.

Zbigniew Biernacki został "lokalnym królem karabinków" po tym, jak w Tatrach poznał i zakumplował się z Niemcem z NRD (Niemiecka Republika Demokratyczna). - Starał się przy nas nie rozbierać, co wzbudziło moje zdziwienie - opowiada antykwariusz. - Później podpatrzyłem, że ma cały tors poparzony. Okazało się, że walczył pod Stalingradem, gdzie detonował niesiony przez niego ładunek i jakimś cudem przeżył w rosyjskiej niewoli. Trafił na Daleki Wschód, gdzieś tam wysłano go do szkoły inżynierskiej, po ukończeniu której wrócił do Niemiec, ale już tych prorosyjskich - NRD. To była dla mnie zaskakująca opowieść. Zresztą takich, wędrując po górach nie tylko Polski, ale i Niemiec i Węgier, wysłuchałem sporo.

Dzięki znajomości z "Helmutem" Zbigniew Biernacki dorobił się sprzętu. Ale już nie dzięki niemu w czasie swojej ponad 30-letniej przygody z taternictwem górskim i jaskiniowym odkrył i opisał ponad 50 jaskiń, schronisk i przejść.

Zmienna osobowość i końskie pączki

Zbigniew Biernacki nie tylko wspinał się czy - rzec można - "zagłębiał" w skalne rozpadliny. Już w połowie lat 60. rozpoczął intensywną działalność wydawniczą i jako redaktor naczelny biuletynu "Aven" wpisał się w historię częstochowskiej prasy.

- To było pisemko wydawane prymitywnymi sposobami, za pomocą maszyny do pisania, do lat 70. - opowiada były naczelny. - Opisywaliśmy w nim wyprawy, odkrycia, jakieś relacje czy recenzje. Były też fotograficzne wklejki. Wszystko amatorskie i dla bardzo określonej grupy zainteresowanych osób.

W tym czasie powstało również bardziej profesjonalne wydawnictwo Speleoclubu należącego do PTTK w Częstochowie - "Niphargus", w którym omawiane były sprawy bardziej specjalistyczne, jak np. fauna, flora czy klimat jaskiń, ale też nowe odkrycia wraz z dość szczegółowymi rysunkami planów jaskiń.

- Wydawanie "Avenu" skończyło się, gdy zostałem wezwany do komitetu Urzędu Kontroli Prasy i Widowisk, do pani cenzor Miarki, która uświadomiła mi, że to nie jest legalne pismo - mówi Biernacki. - I tak dobiegła końca moja kariera redaktora naczelnego.

Po latach sięgnął do swojej teczki w Instytucie Pamięci Narodowej, bo wychodził z założenia, że takie antysystemowe środowisko musiało wzbudzać zainteresowanie władz.

- Tajny współpracownik o pseudonimie ",Wiara" złożył cztery doniesienia - mówi antykwariusz. - Pisał, że często zmieniam osobowość... Raz jestem łysy i chodzę w okularach, raz mam zgolone pół głowy i noszę po przeciwległej stronie włosów pół brody... Dziś myślę, że nawet jeśli ktoś donosił, to musiał to robić dość mądrze, bo nikomu z nas nic wielkiego się nie stało.

Ta zmienna osobowość Zbigniewa Biernackiego była bardziej wyrazem buntu i fantazji niż chęcią kamuflowania się: - Były takie zakłady czy - dziś można powiedzieć - numery, które przeszły do legendy - opowiada. - Choćby wejście do najbardziej szpanerskiej knajpy Kryształowa w Zakopanem w swetrze założonym na nogi zamiast spodni. Ale pamiętam, jak przy bryczkach przy restauracji Morskie Oko siedliśmy na krawężniku i handlowaliśmy położonymi na serwetkach (wytargowanych z którejś z knajp)... końskimi "pączkami". Chodziło o efekt szoku, a może cudzy uśmiech na twarzy w kraju, w którym mało komu było do śmiechu.

Zbigniew Biernacki


Urodził się w 1945 roku w Wincentowie koło Koniecpola, skąd pochodziła jego matka Władysława. W 1947 r. rodzina Biernackich zamieszkała w Częstochowie. Pochodzący z patriotycznej rodziny (dziadek walczył w wojnie polsko-bolszewickiej) ojciec Czesław, ps. „Przybył”, żołnierz AK, nie miał tu łatwego życia, więc rodzina wyjechała pod Wrocław na tzw. ziemie odzyskane, gdzie prowadziła gospodarstwo rolne, m.in. produkowała i sprzedawała warzywa. To trwało zaledwie pięć lat i w 1952 r. Biernaccy ponownie zamieszkali w Częstochowie, na Stradomiu. Zbigniew ukończył szkołę zawodową i pracował jako mechanik w PKS. Naukę uzupełniał w liceum dla pracujących. Poza miłością do gór i wspinaczki było też zaciekawienie poezją o tej tematyce, ale na pasje było coraz mniej czasu. - Małżeństwo, rodzina - mówi. Dorabiał, jeżdżąc po Polsce i handlując książkami. W 1981 r. po incydencie, kiedy został zatrzymany przez milicję i oblany alkoholem, a następnie spałowany i przewieziony na komisariat - uznał, że czas wyjechać z kraju. Od 1982 r. przez cztery lata mieszkał w Niemczech, gdzie podejmował się najgorszych prac. Po powrocie założył przy ul. Kopernika 4 Antykwarnię-Księgarnię „Niezależna”, która znana jest zwłaszcza z wyjątkowego zbioru częstochowianów . - Miasto, w którym żyję od ponad 70 lat, dało mi pracę i zainteresowanie, dom, a teraz emeryturę i zajęcie z ukochanymi książkami - mówi. - Trzy moje albumy z częstochowskimi pocztówkami są ozdobą niejednej biblioteki w Częstochowie, Polsce i nie tylko.

Cały tekst i zdjęcia: czestochowa.wyborcza.pl/czestochowa/1,15...n.html#ixzz435A1yL23

This message has an attachment image.
Please log in or register to see it.

Administrator wyłączył możliwość publicznego pisania postów.
Czas generowania strony: 0.231 s.